14 kwietnia – O warszawskim lansie i garderobie Damiana Aleksandra – czyli Nowy Raj Utracony w Teatrze ROMA!
Ach, zagrać w Romie „Raj”! Marzyło mi się to od premiery. Biorąc pod uwagę ilość rekwizytów w „Raju”, przebieranie się po 5 razy i nasze wieczne tłoczenie się w kulisach ROMA jest po prostu idealna do tego spektaklu. A miał to być nasz ostatni NRU... Niestety, nie wszyscy mogą wziąć w nim udział. Nie ma z nami Gosi – musi zostać w Lublinie.
Wyjazd z KULu o 6 rano, po drodze mocna kawa w „Delfinach” i ani się obejrzeliśmy, a już powitała nas deszczowa Warszawa. Cały rajowy majdan wylądował w eleganckim foyer teatru ROMA, a po chwili już na scenie. A ta scena! Można by po niej jeździć rowerem;) Kulisy podobnie. Wspaniale. Pierwszy raz będzie miejsce na wszystko. Idziemy na I piętro, gdzie czekają na nas aż 3 garderoby. My, dziewczyny, dostajemy garderobę Damiana Aleksandra. :D Zaczyna się wielkie malowanie i czesanie. W tym czasie na scenie montuje się scenografia, a ksiądz ustawia światła.
Czas leci bardzo szybko. Za chwilę jest już 10:30, więc rozgrzewamy się, rozśpiewujemy, rozkładamy w kulisach rekwizyty, ciuchy. Soliści sprawdzają mikroporty i śpiewają na próbę Finał. Ksiądz tak się zajął tymi światłami, że przychodzi do nas w ostatniej chwili i nie ma już czasu na żadną próbę przestrzenną. Będziemy musieli poradzić sobie na żywioł.
Zaczyna się! W głowie myśl: „Boże, to ostatni raz...! Trzeba dać z siebie 200%!” W końcu wszyscy uwielbiamy ten spektakl. Idzie nam dobrze. W Prologu jak zwykle drobnych problemów dostarcza suknia ślubna, której nie udaje się zawiązać na wszystkie kokardki. Trochę spada Ani z ramion, ale się trzyma. Zbiorówki idą super, bo jest dużo miejsca. Świetnie wypada Walka, a rewelacyjne światła jeszcze polepszają efekt. Z drobnych wpadek: Kacper zapomina lalki Kena dla Rudej, ale ogrywają to. Na Walce przewraca się drabina i spada prosto na klatkę z papugą lekko ją miażdżąc. Przed wyjściem na Gagę mój kostium uparcie odmawia współpracy. Najpierw psuje się jedna lampka. Gdy ją wymieniam, stanik pęka na środku, a druga lampka zaczyna niebezpiecznie mrugać. Jeju... To ostatnia Gaga, muszę ją zatańczyć! Znajduję gdzieś grubą czarną taśmę i z Klaudią kleimy z 5 warstw, żeby się trzymało. Przy tej operacji cały stanik się deformuje i w ogóle wygląda okropnie, ale co tam, na scenie jest ciemno więc nie widać, a ja mogę ostatni raz zatańczyć. ;)
Na Finale coś łapie za gardło. Po spektaklu ściskamy się, ale nie ma wiele czasu na wzruszenia bo ksiądz pogania. Musimy się zbierać. Szkoda tego „Raju”. Było przy nim mnóstwo nerwów, biegania, napięcia, pilnowania rekwizytów, szycia kostiumów, wiecznego klejenia szaf. Wyklinaliśmy te momenty, w których były dosłownie sekundy na przebranie się, walkę, po której wszystko bolało i przeciskanie się za sceną. Ale uwielbialiśmy grać NRU. To był naprawdę dobry i mądry spektakl. Zostało po nim mnóstwo wspomnień, zdjęć i wielki sentyment.
26 marca – Czarownice
Tego dnia obudziłam się z wizją spędzenia całego dnia na KULu (znów!). No tak – podwójny spektakl, a wcześniej montaż scenografii. Wczesnym rankiem, przed wykładem, udałam się do kantorka, żeby zostawić w nim torbę wypchaną starannie wyprasowanymi kostiumami oraz niezbędnymi przyborami takimi jak 3 rodzaje pudru, lakier do włosów etc. Pani na portrierni CN była niepomiernie zdziwiona, że „już, tak wcześnie???”. Ehhh... Tak więc po wykładzie poszłam prosto do Starej Auli zahaczając o NoLogo po kawę, żeby jakoś przetrwać. Na miejscu było już kilka osób. Okazało się też, że atmosfera jest dość gęsta. Wcale to nie sprzyjało mojemu stanowi duchaL. Jednak bez gadania dołączyłam do przestawiania sterty krzeseł, zaraz też zaczęliśmy biegać do kantorka po tysiące niezbędnych rzeczy. Kacper zajął się montowaniem świateł, nieustraszona Wiola pozawieszała z drabiny czarne materiały na ścianach, a reszta zajęła się W MIARĘ skręcaniem stelaży i kratek. Piszę „w miarę”, gdyż była nas garstka i szło to dość opornie. Do ogarnięcia były też drobiazgi jak np. uporządkowanie świeczek (połowa była do wywalenia), odnalezienie DZIAŁAJĄCYCH zapalniczek czy zeskrobanie z dekoracji zaschniętego wosku. Plus oczywistości w stylu „Kto widział taśmę?; Nie mamy więcej nożyczek?; Gdzie jest kucz do skręcania???; Nie ma już śrubek!!!; Jezu jak tu brudno, gdzie szufelka?!”. Niby nic, ale to są właśnie te malutkie ważne rzeczy współtworzące całość. W końcu jednak uporaliśmy się ze wszystkim i dostaliśmy 2 godziny przerwy. Zdążylam jeszcze nawet na jedne zajęcia pójść. :P
Spektakle
Widownia znowu była pełna. Już dużo wcześniej rozeszły się wszystkie wejściówki. Ciągle jest dla mnie dużym zaskoczeniem, że tak dużo osób chce zobaczyć nasze „Czarownice”. Nie zdążyliśmy zrobić ani kawałka próby, więc tylko za kulisami powtarzaliśmy sobie dialogi „na sucho”. Kuba musiał ogrywać na spontanie swoją uszkodzoną nogę (wsparł się dosłownie i w przenośni Radziową laską z „Prorocka”). Pierwszy spektakl poszedł nam słabo. Można powiedzieć, że był dopiero próbą przed drugim spektaklem. Więc gdy sobie już wszystko przypomnieliśmy i rozegraliśmy się, o 19:30 było dużo lepiej. Byliśmy swobodniejsi i pewniejsi. Znowu były duże emocje, łzy, napięcie. Luuuubię tak. ;) A widz to czuje, bo znów usłyszeliśmy bardzo miłe słowa. Także do następnego razu w Salem! ;)
ITP wyda płytę!
Ale zanim to nastąpi, musimy przejść szybki kurs nauki śpiewu, bo (jak utrzymuje Ksiądz Dyrektor) nie opanowaliśmy jeszcze tej umiejętności. Brawurowego i jakże ryzykownego zadania podjęła się lokalna cudotwórczyni – Ula Kasprzak-Wąsowska. Nie straszne jej fałsze, podjazdy i koguty, dzielnie znosi wszystkie nieczystości i konsekwentnie osadza nas w dołach i wyżynach. Jej czujne ucho wyłapuje każdą niepewność dźwięku, czy (o zgrozo!) tekstu. Opuszcza szczęki, uaktywnia przepony, unieruchamia ramiona, tępi ściśnięte gardła i powietrze w nosie, a przede wszystkim bardzo w nas wierzy i zawsze, ale to zawsze potrafi odnaleźć jakąś dobrą rzecz (nawet w Finale!), bo jak sama kiedyś powiedziała: „śpiewanie ma być takim chooodź, chooodź, będzie Ci miło”.
11 marca – PREMIERA „CZAROWNIC” !
Zaczęło się od udoskonalania scenografii, która wciąż wymagała odpowiedniego dopieszczenia – a to jakaś nitka sterczy, a tu kleju za dużo, a może by tu jeszcze coś dodać? Z pozoru drobne poprawki okazały się wielkimi przedsięwzięciami, a Ksiądz szalał! Przedzierał tło, wstawiał siatki, lampy, w jego głowie rodziły się coraz to nowe pomysły. Ostatecznie jednak poskromił dalsze chęci wprowadzania ich w życie („A to może później Eluś będę miał do Ciebie prośbę”) i zaczęliśmy próbę. Oczywiście z ponad godzinną „obsuwą”, oczywiście z naszej winy. Pomimo skupienia, były wpadki. Wciąż chciałoby się coś przećwiczyć, powiedzieć jeszcze raz, wypróbować, ale czas biegł jak szalony i ani się obejrzeliśmy, a wybiła TA godzina.
Przywitaliśmy nieco zdezorientowanych widzów stojąc na scenie. Mrok wyciemnionej czarnymi materiałami starej auli, dźwięk altówki, przygaszone światła i blask świec trzymanych przy twarzach dziewczyn wprowadzał odpowiednią atmosferę. Ach, aby tylko udało się ją utrzymać! Nie bacząc na niezagojone jeszcze rany po próbach, oślepiające reflektory, stres, silne emocje; każdy pragnął dać swojej postaci wszystko, co najlepsze, pokazać efekty swojej długiej i ciężkiej pracy, opowiedzieć tę historię najpiękniej jak tylko potrafił.
Czy się udało? W moim odczuciu i wielu innych, z którymi przyszło mi na ten temat rozmawiać – TAK! (: Nie oznacza to, że na tym poprzestaniemy i nie będziemy dalej pracować! Skądże znowu! Już dziś planujemy kolejne spektakle, na które serdecznie zapraszamy. (:
8 marca - Ach Ci mężczyźni, prawdziwi tacy!
Pamiętali o nas i jak zwykle stanęli na wysokości zadania, bo prócz siarczystych buziaków i gorących życzeń, dostało nam się po pięknym tulipanie! No i jak tu ich nie uwielbiać? (:
Ale nie tylko oni postanowili zrobić nam prezent! Tegoż dnia odbył się również casting mężczyzn do Teatru ITP. Nie to, żeby nam było mało płci przeciwnej, nie narzekamy – absolutnie! Ale jakoś tak zupełnie przypadkiem spora część damskiej reprezentacji teatru, postanowiła zachęcić tych niezdecydowanych, tudzież skrępowanych do udziału w castingu, a swoimi czarującymi uśmiechami i zalotnymi spojrzeniami przekonać, że WARTO! Musiałyśmy być przekonywujące, bo dołączyło do nas sześciu wspaniałych utalentowanych mężczyzn! (: Łuhu! (:
Przygotowanie do „Czarownic”
Mordercze próby, spotkania na zimnych KULowskich korytarzach do późnych godzin wieczornych i towarzyszące temu: wałowanie tekstu, wyciskanie ostatnich potów, zdzieranie gardła, wylewanie łez, nabijanie nowych siniaków. Ksiądz Dyrektor nie znał jednak litości:
- „Widzę, że myślisz o tekście – jeszcze raz”,
-„Cooo?! Nie rozumiem! – jeszcze raz”,
-„NUDA! NUDA! NUDA! – jeszcze raz”.
A zaraz potem, gdy już padaliśmy z nóg, jęcząc z bólu na skutek powstania nowych siniaków, pojawiało się jakże optymistyczne zdanie:
-„Jesteście w stanie zrobić to lepiej!”
Ale na tydzień przed premierą nawet ten, którego wiara jest niezachwiana, zobaczywszy brak scenografii, kostiumów, a nawet momentami i „szycie” tekstu, zwątpił i zagroził przełożeniem premiery.
- „Jak to?! TEEERAAAZ?! Kiedy całe media aż huczą o nas, kiedy wszyscy goście zaproszeni, kiedy …”
Chyba każdy potraktował tę groźbę na poważnie, bo już następnego dnia podjęto pracę nad wykonaniem scenografii (Ela na ten czas zamieszkała w kantorku, raz po raz przyjmując do siebie miłych lokatorów zaprzęgając ich do ciężki robót), nagle naszym oczom objawiły się stroje (oczywiście byli tacy, którzy kompletowali swój strój na dzień przed, ale chyba nie bylibyśmy sobą gdyby podobna sytuacja nie miała miejsca), ponadto uznaliśmy, że najwyższy czas odkleić się od scenariusza i zacząć grać. Efekty było widać od razu, stąd wspaniałomyślna decyzja, że premiera jednak odbędzie się w wyznaczonym terminie – 11 III 2012.
10 – 15 lutego – warsztaty teatralne w Czerwińsku nad Wisłą
Tej zimy wybraliśmy się na warsztaty nie do Sokołowa, jak co roku, ale do Czerwińska. Piękna zima, piękne miejsce z pięknym widokiem na zamarzniętą Wisłę i piękny, wielki i zimny (:P) klasztor, w którym mieszkaliśmy, wysoko na samej górze.J
Dni były bardzo wypełnione pracą i mijały w mgnieniu oka. Rano pobudka, jutrznia w klasztornej kaplicy, śniadanie, chwila odpoczynku na poranną kawkę, solidna rozgrzewka ruchowa i potem różne zajęcia teatralne. Na improwizację, na pantomimę, na emocje itd. Na warsztatach byli z nami Ula i Marcin Wąsowscy z Ignasiem. Marcin prowadził z nami część zajęć teatralnych, z Ulą ćwiczyliśmy emisję głosu: oddychanie, śpiewanie, świadomość własnego głosu itp. Śpiewaliśmy m. in. piosenki z „Odysei” i nawet stworzyliśmy robocze wersje nagrań. Cel chyba był taki, żebyśmy mogli się potem załamać słuchając tegoJ Oraz abyśmy świadomie i z motywacją pracowali przed nagraniami w studio, które nas czekają w przyszłości (bliskiej czy odległej - to zależy od tego jak bardzo fałszujemy:P).
Na niecałe dwa dni przyjechała do nas Marzena z synkiem Antosiem. Marzenę niektórzy z nas już znali z warsztatów w Górecku Kościelnym, gdzie przez tydzień uczyła nas piosenek do „Prorocka”. Tym razem też przyjechała nauczyć nas dwóch piosenek z „Don Kichota”, którego premiera ma być jesienią. Najpierw robiliśmy typową dla niej niekonwencjonalną rozśpiewkę, a potem w tempie ekspresowym, bez nut i tekstów nauczyliśmy się dwóch utworów – tyle o ile, ale melodię pamiętamy, jest to więc już punkt zaczepienia. Gdy my śpiewaliśmy, Ignacy z Antosiem bawili się wspólnie, lub też chodzili sobie po sali skutecznie nas rozpraszając. Tak czy siak nianiek wśród nas im nie brakowało.
Ksiądz co prawda też z nami pracował, ale trochę się obijał na tych warsztatach:D Od prowadzenia zajęć miał swoich ludzi – Marcina, Ulę, Marzenę:P Ale nawet na kazania podczas Mszy zrobił sobie taryfę ulgową.J
W ramach relaksu i czasu wolnego obejrzeliśmy wspólnie dwa filmy, a w godzinach wieczorno-nocnych przesiadywaliśmy w bardzo przyjemnej kawiarence jedząc słodycze, pijąc HERBATKĘ itd itp.
9.01.2012
U progu Nowego Roku niemal każdy stawia sobie za punkt honoru COŚ postanowić. Jako, że w tym Teatrze nie ma ludzi inteligentnych, co jest nam wmawiane od dawien dawna, nie podejmiemy nawet próby wykazania się wspomnianą inteligencją, tudzież oryginalnością. Podążymy za utartymi zwyczajami i też POSTANAWIAMY!
Drogi gościu, wierny czytelniku (bo takowi istnieją, prawda?), który zabłąkałeś się na tę stronę! Oto obiecujemy, biorąc sobie Ciebie na świadka, iż za pośrednictwem tegoż „Dziennika” będziemy regularnie informować Cię o naszej działalności. Tym samym, obiecujemy (głęboko wierząc w naszą systematyczność), że nie pojawią się tu żadne niedopuszczalne kilkumiesięczne pustki. (:
A przy okazji pierwszego noworocznego wpisu życzymy wszystkim samych serdeczności, radości i dużo miłości. Niech Opatrzność nad nami czuwa!

