14-16 II 2025 - przygotowania do nowego spektaklu - "Kobiety Księgi"

 

Pewnego zimowego wieczoru, zaraz po jakże intensywnym maratonie teatralnym "Noego", nasz Reżyser wraz z Izą, Anheliną i Miriam wyruszył (dzięki dobroci Adama i jego samochodu) w stronę Garbowa by tam w towarzystwie gościnnych i serdecznych sióstr salezjanek móc oddać się pracy twórczej i zacząć przygotowania nad scenariuszem "Kobiet Księgi". Był to 14 lutego, dzień zakochanych, jednak ten wieczór, pełen pomysłów, inspiracji i ekscytacji równie dobrze możnaby nazwać dniem zakochanych... ale w teatrze.

Kolejne dni wypełnione były poszukiwaniami, najpierw prawdy w naszych postaciach i ich historiach a następnie poszukiwaniem ich miejsca na scenie jak i w w naszych sercach. Każda z nas szukała tego w czym jesteśmy z naszymi kobietami podobne, co nas łączy i jakie emocje towarzyszą nam podczas odkrywania ich historii. Ustawianie prowizorycznej scenografii, ożywianie liter tekstu pod czujnym okiem naszego księdza były satysfakcjonującą choć wyczerpującą pracą. Jednak mimo intensywności nie zabrakło również czasu na wspólny odpoczynek, modlitwy i rozmowy. Podczas tego weekendu cieszyliśmy się sobą, nowym projektem i czasem jaki dane było nam razem spędzić, a którego owoce mieliśmy zobaczyć już wkrótce.

/Miriam Jerczyńska/


3 III 2025 - Pożegnanie z "Odysem płaczącym"

 

Wspomnienia Marcina Struga:

Kiedy coś się kończy, to wraca się do początku i analizuje. Na początku miał być zupełnie inny spektakl z innym zespołem. Ze względu na brak czasu jednego z aktorów, Lach postanowił stworzyć dwa małe spektakle: Szklaną menażerię i Odysa. Nie wymieniłbym Odysa na żaden inny spektakl. Zżyłem się z tą formą i bohaterem. Wymyślanie tego spektaklu na pierwszej próbie czytanej nie było łatwe, było wręcz bardzo trudne, i że tak powiem, niesłychanie abstrakcyjne. Gra światłem i cieniem, przepiękna i klimatyczna muzyka Grzegorza Tylca, złożeni bohaterowie. To wszystko było jakieś takie enigmatyczne. Pierwsze próby odbywały się pod słowami: „Fajnie, ale wolniej, zdecydowanie wolniej”. „Jeszcze wolniej. Masz czas”. Musiałem nauczyć się wolno chodzić, wolno reagować.

Na koniec, kiedy raczej już nie wystąpię na scenie ITP, za kurtyną zacząłem myśleć o swojej grze. To przez ten spektakl zauważyłem, że teatr to nie tylko mówienie, ale słuchanie - dobre słuchanie. Oprócz tego kwestia skupienia. Doszedłem do wniosku, że nie należy się skupiać w taki sposób, jakbyśmy podchodzili do egzaminu (definicje można wykuć na blachę, a jej zupełnie nie rozumieć), a w spektaklu jest inaczej. Nie można w taki sposób się skupiać. Trzeba mieć przestrzeń dla samego siebie w tym wszystkim. Do swoich emocji, do swojego rozumienia tekstu, czy bohaterów. Może to banał co pisze, ale to co innego doświadczyć tego na własnej skórze.

„Odys. Odys płaczący. Nikt nie widział łez w oczach Odysa”. Nie grałem w żadnym innym spektaklu, w którym bym tak dużo się wzruszał i płakał. Po każdym zagranym spektaklu przychodziło niszczycielskie zmęczenie. Nie fizyczne, tylko psychiczne. Zauważyłem również, że o wiele łatwiej jest mi się wzruszyć, kiedy mam duży kontakt wzrokowy z widownią. Chyba w pewnym sensie trzeba się całkowicie obnażyć, pokazać się widowni. Kiedy uciekam wzrokiem od spojrzeń widowni, to kryje się w sobie zewnętrznie i wewnętrznie, zamykam się automatycznie na emocje.

W swojej karierze często grałem osoby conajmniej dziwne. Sobowtór, Romek, Wolski, Piramidar. W międzyczasie zagrałem Jana w Pizzy. Może one były normalne, a ja je odczytywałem jako dziwne? Nie wiem. W każdym razie złożyło się tak, że zagrałem Odysa. To była rola dla mnie najtrudniejsza. Pamiętam, gdy na próbie rozczytywałem jeden z monologów Odyseusza, w którym to opisuje swoje makabryczne dokonania w Troi. Lach odezwał się do mnie: „Musisz to sobie w głowie wyobrazić. Jak ty to zobaczysz, my też zobaczymy”. Trudne zadanie. Cóż, starałem się.

Dziękuję Wiktorii i mojej narzeczonej Ani, z którymi mogliśmy odkrywać skrawek po skrawku charaktery naszych postaci - Penelopy i Odysa. Dziękuję Grzegorzowi Tylcowi, że tchnął w ten spektakl niebywałą warstwę muzyczną, którą będę miał w głowie bardzo długo. Rafałowi, Damianowi, Miłoszowi i Adamowi (bez niego Odys by tak nie wyglądał. Malował mi plecy i zmywał różnymi środkami - olejem kujawskim, mydłem z kulowskiej łazienki, mokrym ręcznikiem ); Kamili, Oldze, Ewie i Anhelinie. Bez was nasza trójka nie podołałaby temu spektaklowi. Szczególne podziękowania kieruje do ks. Mariusza Lacha, który zaproponował nam udział w tym spektaklu. To było cudowne stworzyć spektakl poetycki, trudny, niebanalny i tak dobrze opisujący rzeczywistość, obok której żyjemy. DZIĘKUJĘ.

/Marcin Strug/


26 IV 2025 - "Przypowieść o budowaniu" w ramach III Ogólnopolskiej Konferencji Formacyjno-Ewangelizacyjnej TWIERDZA w Chełmie

 

Można odnieść wrażenie, że kiedyś z Teatrem ITP objedzie się całą Polskę. Byliśmy na warsztatach w Kaniach, na przeglądzie ,,Kurtyna" w Gdyni, o mały włos gralibyśmy w Opolu, a teraz gramy etiudę w ramach ,,Twierdzy" w Chełmie.

O 8:30 już wszyscy byliśmy na miejscu, dzięki dobroci zmotoryzowanej części ITP. Na miejscu czekały na nas pyszne ciasta, które jeszcze musiały poczekać, ponieważ najpierw trzeba było zrobić próbę, która przebiegła sprawnie. Głównym elementem scenografii w naszej ,,Przypowieści o budowaniu" było drzewo, zrobione z kawałków kartonu, które najpierw odrywaliśmy, a następnie przyklejaliśmy w to samo miejsce. To nie od nas zależało, czy spektakl był udany, tylko od wytrzymałości taśmy dwustronnej. Sala była dosyć duża i niemal cała zapełniła się uczestnikami tej konferencji. Zostały minuty do godziny 10:00 - godziny, o której zaczęło się to całe przedsięwzięcia oraz nasza etiuda. Stłoczeni w kulisach, wspólnie z wyświetlonym na ekranie minutnikiem odliczaliśmy ostatnie sekundy do startu. 3...2...1...ruszyła muzyka, a my razem z nią. Za 10minut jest już po wszystkim. Ukłoniliśmy się, widownia nam klaskała, nie mieliśmy piosenki na bis, więc musieliśmy zejść ze sceny.

Potem udaliśmy się na stare miasto, aby zwiedzić zabytkową kopalnię kredy. Pan, który wcielił się w postać Ducha Bielucha był najlepszym aktorem z nas wszystkich. Po obiedze wróciliśmy do Lublina, żeby o 20:30 znów spotkać się w Dąbrowicy u braci Dąbków na wspólnym ognisku.

/Mikołaj Sadłowski/


9 V 2025 - "Kobiety Księgi" - premiera

 

Historie kobiet Biblii w powszechnej świadomości nie rozchodzą sie zbyt szerokim echem. Noe, Józef, Dawid to są mężczyźni, których świat zna, kocha i o których mówi (och, Teatr również!:). Jednak pamiętajmy, że tego całego zamieszania z chłopcami by nie było gdyby nie - Kobiety. Nasz Reżyser - ksiądz Mariusz, najwidoczniej również wyszedł z takiego założenia i pałeczkę oddał, (a jakże!) w ręce kobiety, Pani Ani Halasz, która napisała scenariusz. I tak na scenę 9 maja br. wyszły trzy piękne niewiasty Judyta (Iza), Rut (Anhelina) i Estera (Miriam), które postanowiły, że to ich czas by powiedzieć parę słów od siebie (i o sobie). O ich sile, odwadze, nieustępliwości i ufności. Jednak niech Cię to nie zmyli Drogi Czytelniku - również wrażliwości i niepewności. Postaci za którymi kryły się bardzo różne, często zawiłe i "potłuczone" historie otwierały na te rozdziały biblijne, które bywają zbyt często pomijane. Skosztowanie świata w którym te kobiety wzrastały, usłyszenie i doświadczenie ich rozterek pozwoliło na dogłębne zjednoczenie z opowieścią i treścią poruszoną podczas spektaklu. Wszystko to osadzone było we współczesnym świecie, w garderobie pozornie zwykłego teatru nad ktorą pieczę trzymał pewien prosty krawiec (Adam).

Dzień premiery spektaklu był pełen ekscytacji, radości oraz lekkiej tremy. Scenografia, która ustawiona już parę dni wcześniej, pyszniła się na scenie i rozciągała nad sobą atmosferę skrzętnie ukrywanej tajemnicy, suknie czekały na to by je włożyć a rozgrzane krtanie by wydobyć z nich najpiękniejsze dźwięki. Rafał, wyjątkowo jako pomocnik techniczny, wspierał aktorów dobrym słowem i zagrzewał do scenicznej walki (niezastąpiony!) Po sprawdzeniu rekwizytów (których było nie mało) upewnieniu się że wszystko jest na miejscu (było), umyciu zębów na szczęście (Miriam), wybiła godzina 18.00. Z głośników wydobyły się dźwięki fortepianu, a scena powoli zaczęła się rozświetlać. Słowa, gesty, melodie płynęły, a występujący razem z nimi. Było pięknie, swobodnie i kobieco. Występ został nagrodzony gromkimi brawami i onieśmielającymi komplementami w kuluarach.

Byliśmy szczęśliwi że po 3 miesiącach wytężonej pracy, przygotowywania piosenek, kostiumów, scenografii oraz niezliczonej ilości prób, mogliśmy doświadczyć na scenie upragnionego katharsis i pozwolić spektaklowi rozgościć się w sercach naszych widzów. Wdzięczni jesteśmy również za powierzoną nam misję i zaufanie, że mimo wszystko się uda a my zadaniu podołamy.

/Miriam Jerczyńska/


29 V 2025 - Wybory nowego zarządu ITP  

 

Dnia 29 maja 2025 roku zebraliśmy się w sali teatralnej na wyjątkowym spotkaniu – celem było wyłonienie nowego zarządu naszego teatru. Głosowanie odbyło się w sposób tajny, jednak jego główny wynik okazał się całkowicie jednomyślny – największą liczbę głosów zdobył Adam Rączka - osoba niezwykle odpowiedzialna, pomocna i zawsze zaangażowana. W skład zarządu weszły także: Квазіпчала Ангеліна, Olga Sidor, Gabriela Zając. Wszystkie kandydatury zostały przez wyróżnione osoby przyjęte.

/Olga Sidor/


15 VI 2025 - pożegnanie ze "Szklaną menażerią"

 

15 czerwca 2025 roku ,,Szklana menażeria” została zagrana po raz ostatni. Ponad dwa lata od premiery, grana dla widowni większej, jak i tej mniejszej - zawsze z pełnym zaangażowaniem. Ten spektakl dojrzewał razem z nami. Poznawaliśmy postacie tego dramatu i powolutku dodawaliśmy do nich coraz więcej swoich zachowań, bo ostatecznie każdy z nas zrozumiał, co chce przekazać. Pierwsze występy były dobre, chociaż dość sztywne. Spektakl był zrobiony w mniej więcej miesiąc, a tydzień przed premierą zdarzało nam się grać ze scenariuszem w rękach. Nic dziwnego więc, że skupialiśmy się na tekście, na tym, co ma zaraz wydarzyć się na scenie. Po jakimś czasie, nie graliśmy już swoich postaci. My nimi byliśmy.

Ewa Jagiełło grała Amandę, samotną matkę, kobietę bardzo nieszczęśliwą, która starała się jakoś wiązać koniec z końcem i przy tym kontrolować życie swoich dzieci. Porzucona przez męża, nie mogła znieść widoku syna, który ,,coraz bardziej przypominał ojca”. Kolejnym zawodem była dla niej córka, bo ,,kręci się z kąta w kąt i nic w jej życiu się nie zmienia”. Przed każdym spektaklem Ewa odgrywała scenę kłótni z synem, a chwilę przed wyjściem na scenę mówiła do niego - ,,Powodzenia. Nienawidzę cię”. Mniej więcej po roku od premiery, zrobiła tatuaż. Zakrywała go za każdym razem i podczas grania na jej stroju zostawały jasne plamy od korektora.

Miłosz grał Toma - narratora powieści, oraz syna Amandy. Tom był najmłodszy w rodzinie, jako jedyny miał pracę i utrzymywał cały dom. Niezrozumiany przez matkę, miał dosyć jej ciągłych narzekań, a mimo to robił wszystko o co prosiła. Nie mógł szukać pomocy u starszej siostry. Miłosz bardzo rozwinął swoją postać od pierwszego zagrania. Z każdym kolejnym spektaklem dodawał coraz więcej siebie - gest zasłaniania ręką okolic ust i nosa w charakterystyczny sposób po kłótni, a nawet jego ton głosu i sposób opowiadania zmieniał się wraz z rozwojem postaci. Pamiętam pierwsze próby do spektaklu, jak Ewie i Miłoszowi trudno było zacząć na siebie krzyczeć. Później zupełnie się to zmieniło, ich krzyk mnie przerażał, a pod koniec spektaklu Miłosz w złości zaczął przewracać krzesło - nie był wtedy spokojnym Miłoszem Zajączkowskim. Stawał się Tomem na skraju wytrzymałości psychicznej.

Dominik Borek grał Jima O’Connora - tajemniczego gościa, który pojawiał się w połowie dramatu i był najbardziej realistyczną postacią tej sztuki. Pamiętam, jak rozmawialiśmy o jego postaci - o tym, że każdy na początku uważał, że Jim jest w tym spektaklu najgorszy, że zrobił najwięcej złego. Dominik jednak go bronił i jestem zdania, że ostatecznie mu się to udało. Podczas ostatnich maratonów to zauważyłam. Każdy z nas miał swój kolor. Miłosz do Toma przydzielił bordowy, Ewa do Amandy dostała kolor różowy, ja jako Laura miałam szary, a Dominik do Jima miał… jeans i koszulę hawajską. Koszulę za dużą o kilka rozmiarów, kupioną wieczór przed premierą, chwilę przed zamknięciem Plazy. Uwielbiał ją tak bardzo, że zostawił ją w kantorku po pożegnaniu - żeby tylko więcej jej nie widzieć.

Jestem jeszcze ja, grałam Laurę Wingfield, kalekę bez posady, dziewczynę całkowicie zagubioną z brakiem zaufania do siebie. Relacja Laury z rodziną była bardzo ciężka, kochała ich jak tylko potrafiła, jednak zamiast spokojnego domu miała ciągły krzyk matki z bratem. Swój spokój odnajdywała w szklanych figurkach. Samą siebie uznawała za jednorożca wśród koni - niby taka sama, jednak różniąca się od innych. Był jednak jeden człowiek, który sprawił, że przez chwilę była ,,normalna”, a był nim Jim. Na początku nie rozumiałam tej postaci do końca. Nie rozumiałam, dlaczego akurat ja mam ją zagrać, nie widziałam w niej żadnego podobieństwa do siebie i w mojej głowie była ona kimś bardzo dziwnym. Z czasem jednak dojrzałam do myśli, że ja w rzeczywistości byłam Laurą. Nie dosłownie, bo nie kulałam na jedną nogę i nie płakałam, gdy tylko ktoś głośniej się odezwał. Jednak odkryłam w niej bardzo dużo siebie, wiele swoich lęków i niepewności. Jej postać pozwoliła mi ostatecznie zamknąć pewien etap w moim życiu i ruszyć dalej, bez tak wielkiego lęku związanego ze zmianami. Grając Laurę, czułam jej wszystkie emocje, czułam jej strach, jej przerażenie, jej usilne budowanie złudnego poczucia bezpieczeństwa i to, że za wszelką cenę starała się uspokajać brata i matkę. Czułam również jej szczęście, gdy momentami wszystko się układało. Czułam jej miłość, zakochanie, a pod koniec każdego spektaklu czułam jej złamane serce tak mocno, że jej łzy były moimi łzami. ,,Szklana menażeria” była moim pierwszym spektaklem ITP w którym byłam od początku, do końca. Przychodząc na premierę byłam podekscytowana nowością i nie spodziewałam się tego, że odchodząc z pożegnania, menażeria zabierze część mnie. I chociaż ,,szklanego’’ potłuczonego konika oddałam ,,na pamiątkę”, to zabrałam ze sobą zapasową figurkę, która już na zawsze będzie dla mnie wspomnieniem.

/Kamila Goś/

 


20 V 2025 - nabór do ITP

 

Wraz z zakończeniem sezonu miał miejsce kolejny nabór do naszego teatru. Tego roku to maj był wyjątkowym miesiącem. Tym razem nasze szeregi zasiliło aż siedmioro nowych aktorów! Grupa niezwykle rozśpiewana i paląca się do pracy - gratulujemy i cieszymy się z waszej obecności! Nowi członkowie (zarówno jak ci starsi) czekają z utęsknieniem na letnie warsztaty, gdzie wezmą udział w przygotowaniach do kolejnego, muzycznego spektaklu… Jeszcze raz gratulujemy i nie możemy się doczekać wspólnej pracy! Na pewno będzie owocna.

/Magda Piękoś/


29 VI 2025 - Pożegnanie starego składu

 

Adiós, compañeros…
27 czerwca 2025 roku pożegnaliśmy czwórkę wybitnych potraw naszej teatralnej kuchni – Olę Bogacz, Rafała Dąbka, Damiana Dąbka oraz Miłosza Zajączkowskiego.

Pożegnalny bankiet odbył się w wynajętej sali na Starym Mieście. Zgodnie z kilkuletnią już tradycją, obejrzeliśmy wcześniej specjalnie przygotowany na tę okazję film upamiętniający odchodzący skład. W tym roku postawiliśmy na zagraniczną produkcję. Film nosił tytuł „Puro Teatro – Marionetas de El Mario”, a lektorem tej historii był sam zastępca reżysera – Marcin Strug.
Opowiadał on o losach czworga bohaterów – Rafaelo, Milo Amore, Alejandri i Damiano – którzy z niewyjaśnionych przyczyn zostają wygnani z teatru. Jednak podczas ostatecznego sprzątania swoich rzeczy wydarza się coś, co może odmienić los nieszczęśników...

Po seansie nadszedł czas słów podziękowań od bohaterów wieczoru. Było wiele wzruszeń, łez, wspomnień i – przede wszystkim – wdzięczności za te wszystkie lata, które – jak sami mówcy podkreślali – będą mile wspominać przez całe życie.

Jedną z osób odchodzących jest najbardziej życzliwa osoba, jaką dane mi było poznać.
Rafał dołączył do teatru pod koniec 2019. Za każdym razem wnosił do grupy atmosferę spokoju. Przy tym łatwo było dostrzec jego poczucie humoru i radość płynącą ze wspólnej zabawy w dobrym towarzystwie. Zawsze pomocny, zawsze na czas. Każdy sernik, jaki spotkam w swoim życiu, już na zawsze będzie mi się kojarzył z tym wspaniałym człowiekiem i jego bezinteresowną miłością do bliźnich.

Na liście wspomnień pojawił się również brat Rafała– Damian. Damian jest dla mnie symbolem nieustępliwości, każdy jego krok był dowodem na to, że można iść naprzód z podniesioną głową, mimo krętych dróg.. spędził w ITP 4 lata.
Mimo że kończy swoją karierę w naszym teatrze, to właśnie zaczyna rozkwitać na gruncie muzycznym -  nie mam wątpliwości, że jego dźwięki będą poruszać niejedno serce. Z całego serca mu tego życzę.

W ITP-owej kronice zostanie również w pamięci  ikoniczny duet – który tworzył wcześniej już wspomniany Rafał razem z Olą. Ola była z nami od maja 2021 roku. Jej obecność w teatrze była jak szept – cicha, nienarzucająca się, a jednak niezapomniana. Mówiła niewiele, ale kiedy już się odezwała, potrafiła jednym zdaniem, drobnym żartem lub spojrzeniem zostawić ślad w pamięci.

Człowiek już tak ma, że to co najlepsze zostawia na koniec. Miłosz - spędził w ITP cztery lata. To właśnie on był twórcą obecnego interfejsu naszego Facebooka – tych przepięknych grafik, które stanowią wisienkę na naszym teatralnym torcie. Ale Miłosz to nie tylko artysta wizualny – to także człowiek, z którym rozmowa potrafi rozwinąć się w nieoczekiwane rejony. Zawsze pełen ciekawości, inteligentny i z głową pełną pomysłów. Trzymam za niego kciuki, by jego talent graficzny i intelektualna wrażliwość mogły zakwitnąć jeszcze szerzej.

Podczas pożegnania fragmenty podziękowań, pełne czułości i łez, sprawiły, że nasze brzuchy zaczęły delikatnie przypominać o swojej obecności.
Wśród poruszonych serc i wilgotnych oczu, na stole pojawiła się ciepła pizza. Może nie była antidotum na smutek, ale na pewno nakierowała bieg wieczoru w stronę zabawy. Występowały tańce, śmiechy, rozmowy i inne ciepłe wyrazy wskazujące na tą jedyną w swoim rodzaju grupę teatralną.

/Olga Sidor/


1-11 IX - warsztaty teatralne w Radomyślu

 

Wyprawa do Radomyśla nad Sanem

O godzinie 12:20 z ponad dwudziestu telefonów rozległ się dźwięk powiadomienia. ,,Gdy ktoś z Was już będzie w drodze na warsztaty - proszę o wiadomość. Napiszcie jak i z kim jedziecie.” Na odpowiedź nie było trzeba długo czekać, bo na grupie teatru zaczęły pojawiać się zdjęcia. Pierwsze z nich było… cóż. Wyjątkowe. Przedstawiało Łukasza, Roberta, Emiliana i Mikołaja. Trzech pierwszych miało przerażone miny i usta rozchylone w krzyku, natomiast czwarty był podejrzanie zadowolony, biorąc pod uwagę to, że z wielkim uśmiechem i szaleńczym wyrazem twarzy trzymał kierownicę prawdopodobnie jadącego samochodu. Łukasz napisał ,,Prawie umarliśmy”. Gdyby w tym samochodzie było inne towarzystwo, zdecydowanie powinniśmy się zacząć martwić, natomiast w tym przypadku, większość z nas zareagowała szczerym uśmiechem. W końcu nie ma nic lepszego niż spakowany dobry humor na warsztaty. Następnie pojawiały się zdjęcia pasażerów pozostałych samochodów, zarówno tych, jadących z Lublina, jak z bliższych i dalszych miejscowości. Rozpoczął się oficjalnie najlepszy czas w roku - warsztaty teatralne Teatru ITP.

 

Pierwsze prace nad tekstem

Już wieczorem, pierwszego dnia warsztatów, zaczęliśmy pierwszy punkt z naszych przygotowań do nowego spektaklu - czytanie scenariusza. Była to niezwykle wyjątkowa chwila. Pierwsze (zazwyczaj trochę nieudolne) próby wejścia w role, odkrywanie pomysłów innych osób, reagowanie śmiechem lub absolutną ciszą pełną oczekiwania. Każdy z nas miał początkową wizję swojej postaci, ale pomysł, a jego wykonanie, to dwie całkiem różne rzeczy.  Jak pokazać coś, co do tej pory było tylko w naszej głowie? Jak przekazać charakter postaci w kilku wypowiedzianych kwestiach? Jaki ten charakter ma w ogóle być? Całe szczęście, pierwsze czytanie scenariusza to dopiero sam początek zarysu spektaklu. 

 

Kolejne dni

Kolejne dni upłynęły w przyjemnej rutynie - jutrznia, rozgrzewka poranna, śniadanie, prace nad spektaklem, Msza Święta, obiad, wspólne spędzanie czasu, prace nad spektaklem, kolacja, prace nad spektaklem, modlitwy, wspólne spędzanie czasu i… prace nad spektaklem. 

Początek warsztatów to ten piękny moment, kiedy wszyscy nawzajem się nakręcamy - nowe pomysły, zmiana charakteru postaci, zmiana sposobu wypowiadania tekstów, odkrywanie całkiem nowych rzeczy w scenariuszu (bo są sytuacje, w których jedno słowo inaczej wypowiedziane zmienia cały zarys postaci). Większość z nas spędzała nad scenariuszem każdą wolną chwilę. Po zajęciami z reżyserem, lub asystentem reżysera, spotykaliśmy się wspólnie na obgadywanie scenariusza, później konsultowaliśmy to z innymi, wymienialiśmy się sposobem rozumienia spektaklu i wiele wiele innych. 

Bądź co bądź, zaczynanie nowych rzeczy to coś niesamowicie pięknego, ale także bardzo trudnego. Zwłaszcza, jeśli nie ma się czego złapać i na czym wzorować, a tak się składa, że dziwnym sposobem nagranie wcześniejszego ,,Wesela Dawida” zniknęło z internetu na jakiś czas…

 

Scena, sceny, więcej scen

,,A co ja mam tutaj robić?” - to pytanie przechodziło nam przez myśl praktycznie w każdej chwili, a już na pewno w momentach, gdy próbowaliśmy wspólnymi siłami złożyć mniejsze sceny. Najgorsze jest to, że na to pytanie nigdy nie ma satysfakcjonującej odpowiedzi.  Całe szczęście, że na początku wszystko można zmienić. Tak więc zmienialiśmy. Raz. Drugi. Potem trzeci. Kolejnych nie ma co wymieniać. Oczywiście, to nie jest tak, że wszystko zostaje dopracowane w połowie warsztatów. Ooo, nie, nie. Zdarzają się sytuacje, w których na dzień przed końcem okazuje się, że dwie postacie zachowują się identycznie i jednej z nich może nie być na scenie, bo nie robi to wielkiej różnicy. Co w takiej sytuacji? Nic nadzwyczajnego. Spotykamy się w resztkach wolnego czasu i zmieniamy. Raz. Drugi. Potem trzeci. Kolejnych zmian nie ma co liczyć. W końcu się udało. Postacie się od siebie różnią, teraz tylko dopracować nowe charaktery do czasu przejścia całości z nagrywaniem, czyli… do kolejnego wieczoru. Gdy osoby mówiące w danej scenie wiedziały już, jak ma to wyglądać, przeszliśmy do kolejnego etapu pracy nad spektaklem. Tak właściwie, to te dwie części się ze sobą przenikały.

 

Opole ach Opole…

Tegoroczne prezentacje, jak zwykle, były na bardzo wysokim poziomie.  Tym razem, odbyły się jednak w wyjątkowej formie. Z racji, że poprawki egzaminów miały miejsce w Lublinie, część osób musiała opuścić nas na dzień czy dwa. Zdarzały się też sytuacje losowe, w tym bolący ząb, który zaczął boleć w najmniej oczekiwanym momencie. Obie części prezentacji były niezwykłe. Podczas występów towarzyszyło nam wiele emocji, od rozbawienia i śmiechu powodującego ból brzucha, aż po szczere wzruszenie i łzy cieknące po policzkach. Prezentacje zakończyły się wspólną piosenką - ,,Tamta dziewczyna” - na wspomnienie poprzednich warsztatów i starego składu.

 

Dwa motyle dla Króla Dawida

Dojechała do nas Kinga, a to oznaczało jedno - pora na piosenki. Trzy dni i dziewięć piosenek. Brzmiało przyzwoicie, a jak wyszło? Oczywiście, że świetnie! Piosenki wpadają w ucho, wszyscy byliśmy zaangażowani w jak najszybszą naukę, bo czas nas gonił, a do tego napędzał nas klimat warsztatów i to, że piosenki starego składu były już na Spotify. Oznaczało to tyle, że większość znaliśmy do tego czasu na pamięć i tylko czekaliśmy, aż zostaniemy rozdzieleni na głosy i będziemy mogli wspólnie uczyć się śpiewać piosenki z ,,Wesela Dawida”. Powstały w międzyczasie niegroźne przeróbki tych piosenek, np. ,,Ona i on - dwa goryle”, albo ,,na parkiecie upał, siedzą tylko…” nieważne. Dziękujemy Kindze za pomoc w nauce, bez niej na pewno nie udałoby się zrobić warstwy muzycznej spektaklu na tak wysokim poziomie!

 

Ojciec Mateusz 

Niedziela zobowiązuje do zasłużonego wypoczynku i refleksji. Mieliśmy przyjemność zaśpiewać i zagrać na Mszy Świętej w pobliskiej parafii. Po kilku dniach niezwykle intensywnej pracy, nie mogło się obyć bez chwili na regenerację. Nasz reżyser wybrał miejsce, ustalił, czy każdy ma czym pojechać i pełni entuzjazmu byliśmy gotowi do drogi. Wybraliśmy się więc na wycieczkę do Sandomierza.

Zwiedziliśmy podziemną trasę turystyczną, przewodnik opowiadał nam o historii tego miejsca i co jakiś czas dodawał różnego rodzaju ciekawostki, a pod koniec zwiedzania spotkaliśmy nawet ducha! Część z nas miała okazję degustować wino w pobliskiej winnicy, inni wybrali się na ciasto, kawę lub na zwiedzanie miasta, widzianego wcześniej w serialu telewizyjnym. 

 

Wino im starsze…

Poszczególne sceny lekko uleżały nam się w głowach. Pora na składanie całości. Znowu pojawiały się takie same pytania - ,,Co ja mam tu robić?” ,,A gdzie ja mam stać?” - to ten moment, w którym każdy z nas potrzebował pomocy reżysera. I każdy ją otrzymał. Ksiądz Mariusz Lach SDB stanął przed sceną i… obserwował. Myślał, a potem zmieniał. I tak powstał pierwszy układ do ,,Wesela Dawida” - prolog. Następnie zaczynały się kolejne sceny, układy, zmiany; układy, sceny i zmiany; oraz zmiany układu sceny. Aż wszystko zaczęło jakoś wyglądać. Ponad dwudziestu aktorów cały czas na scenie. Na początku był chaos, później wszyscy powoli znajdowali swoje miejsce. Przyszedł czas na nagranie całości. Prawie dwie godziny ciągłego zamieszania, próby zapamiętania jak najwięcej z tego, co się dzieje. 

Wszystkie scenariusze w pełnej gotowości, zmęczone życiem długopisy czekały na kolejne poprawki. Oczy aktorów co chwilę wędrowały w stronę cennych, zabrudzonych i często pomiętych już kartek, na których była wypisana wiedza gromadzona od pierwszego czytania tekstu. Udało się. Do końca warsztatów zrobiliśmy bardzo wczesną wersję spektaklu.  Dziękujemy za wsparcie i pomoc podczas tworzenia, w szczególności Księdzu Mariuszowi, Marcinowi i Kindze. Bez nich ten spektakl zupełnie by się nie udał.

 

Czy to już koniec?

Warsztaty dobiegły końca, ale czas pracy nad spektaklem trwał aż do samej premiery. Każdy z nas miał szkic kostiumu, który musiał być skompletowany jak najszybciej się dało. Piosenki leciały w naszych głowach jak melodia z zapętlonej płyty.  Połowa scenografii została wykonana już przed warsztatami, druga połowa tworzyła się do ostatniej godziny przed premierą. Zmęczone ciała błagały o odpoczynek.

Kierowcy wsiedli do samochodów. Pasażerowie dołączali po upewnieniu się, że na sali został po nas tylko porządek. Samochody ruszyły, a z ich środka dało się usłyszeć stłumioną melodię ,,Dzięki Ci za Dawida, naszego króla”

/Kamila Goś/


24 X - Wesele Dawida - premiera oraz spotkanie pierwszego składu

 

12 lat - tyle minęło od pierwszej premiery „Wesela Dawida”. Po tak długim czasie postanowiliśmy wystawić go ponownie. Nowe twarze, nowe głosy, ale ta sama historia. Wiele miesięcy snucia planów, dwa tygodnie prób w Radomyślu, szukanie strojów, i godziny spędzone na choreografii doprowadziły nas do wielkiej premiery! Mimo stresu wszyscy spisali się na medal. Na koniec podziękowaliśmy ks. Mariuszowi, Marcinowi oraz Kindze za pomoc i zaangażowanie. My, aktorzy, dostaliśmy na pamiątkę obraz biblijnego Dawida. Szczególnym wydarzeniem był też następny dzień, w którym na widowni zasiedli…aktorzy tego samego spektaklu sprzed 12 lat! Spotkanie po latach było pełne wzruszeń, wspomnień i radości. W trakcie bisu wszyscy na scenie zaśpiewaliśmy piosenkę gospel z „Wesela Dawida”. Ten dzień pokazał, że historia Dawida po latach nie traci na aktualności, a teatr ITP jest dziełem, które wspaniale łączy pokolenia!

/Daniel Przybycień/


15 XI - Spotkanie z rodzinami czyli wywiadówka w teatrze

 

Z okazji kolejnego maratonu ,,Wesela Dawida", na sobotni spektakl zostali zaproszeni rodzice i bliscy aktorów. Bo przecież dla kogo na weselu śpiewa się piosenkę ,,Cudownych rodziców mam"? Przed spektaklem miała miejsce (prawdopodobnie) druga wywiadówka w historii Teatru ITP, podczas której ksiądz-reżyser opowiadał zaproszonym o naszej działalności w teatrze. Podkreślał nasze zaangażowanie i biegłość w czynnościach manualnych: szyciu, sprzątaniu. Oczywiście chodziło o to, że nie należy nam wierzyć, gdy twierdzimy, że nie umiemy czegoś robić.

Z przyjemnością słuchaliśmy tych ciepłych słów o nas, lecz po jakimś czasie uprzejmie nam zasugerowano, abyśmy zeszli do sali teatralnej i zaczęli przygotowywać się do spektaklu. Dopiero wtedy zaczęła się właściwa część wywiadówki, lecz co w Vegas, to w Vegas. Sobotni spektakl, jak każdy inny, był pełen emocji nie tylko dla nas, lecz także dla księdza-reżysera. Twierdzi on, że to spotkanie było jednym z bardziej emocjonujących wydarzeń w ostatnim czasie i dawno tak się nie stresował (w pozytywnym sensie). Na koniec tego nietypowego wydarzenia zrobiliśmy sobie wspólne pamiątkowe zdjęcie. Okazało się, że nasza scena, mimo że często wydaje nam się za ciasna, to jednak jest w stanie pomieścić przynajmniej 68 osób.

/Mikołaj Sadłowski/